Komentarze prosimy nadsyłać bezpośrednio na redakcja@dgtl.law

Debiut giełdowy Airbnb ma być kolejnym mega wydarzeniem dla rynków kapitałowych, choć oczekiwana wycena (30 mld USD) sytuowałaby tę firmę pod koniec pierwszej dwudziestki cyfrowych gigantów, tuż za eBay. Z punktu widzenia rozwoju Airbnb Chiny stanowią olbrzymią szansę, przynajmniej teoretycznie. Czy więc - parafrazując znane powiedzenie - Chiny są warte danych? Rozważania w tej mierze warto wesprzeć lekturą dwóch wyśmienitych książek. Pierwszą z nich jest „AI Super-powers, China, Silicon Valley and the New World Order” autorstwa Kai-Fu Lee, a drugą praca Kai Strittmattera „Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura”.

Ostatnio, w obszernym materiale opublikowanym przez The Wall Street Journal - stawiającym pod znakiem zapytania uległą postawę Airbnb wobec chińskich władz - przytacza się wypowiedź jednego z liderów tej firmy. Według niego Airbnb nie wchodzi do Chin, aby tam promować amerykańskie wartości. Firma nie potwierdziła tej informacji, ale odejście w roku 2019 Seana Joyca, który - jako pierwszy w historii spółki Chief Trust Officer - miał dbać o odpowiednia ochronę danych powierzanych przez klientów Airbnb, miało być spowodowane właśnie niejednoznaczną postawą Airbnb wobec rosnącego apetytu władz chińskich na przekazywanie nie tylko dokładnych danych związanych z wynajmowaniem lokali, ale wręcz na dostarczanie tych danych w czasie rzeczywistym. Airbnb zaprzeczył jakoby dostarczał dane w ten sposób.

Książka Kai-Fu Lee, ukazała się w 2018 roku, rok śmierci Liu Xiaobo, laureata Pokojowej Nagrody Nobla skazanego w 2009 na 11 lat pozbawienia wolności za podżeganie do obalenia władzy ludowej. Kai-Fu Lee przez wiele lat zajmował wysokie stanowiska w amerykańskich spółkach technologicznych (Microsoft, Apple), a następnie został szefem operacji Google na całe Chiny. Odszedł w 2009 roku i od tamtej firmy prowadzi fundusz Sinnovation Ventures z siedzibą w Beijing inwestujący głównie w chińskie firmy technologiczne. Jego książka to fascynujący opis wyścigu dwóch mocarstw, które przewodzą w stawce pogoni za złotym gralem sztucznej inteligencji – uniwersalną sztuczną inteligencją.

Zdaniem Kai-Fu Lee, po rewolucji związanej z industrializacją, wprowadzeniem elektryczności, komputeryzacją, nadchodzi czwarta rewolucja. Rewolucja związana z masowym wykorzystaniem sztucznej inteligencji. Rewolucja, dużo bardziej gwałtowna od trzech pozostałych, a to ze względu na to, że wprowadzenie kolejnych przełomowych rozwiązań odbywać się będzie w czasie rzeczywistym (mówimy bowiem o produktach cyfrowych). Rozwiązania te finansowane będą przez różnego rodzaje fundusze kapitałowe, a jednym z liderów tej rewolucji będą Chiny. Po raz pierwszy bowiem, zdaniem Kai-Fu Lee, Chiny będą brać udział w technologicznym wyścigu mającym zmienić świat jak równy z równym.

Mało kto zauważył, że kiedy Microsoft ogłaszał w 2016 roku, że jego oprogramowanie przekroczyło ludzkie możliwości w rozpoznawaniu mowy (oczywiście w języku angielskim), to nie było to wcale pierwsze ogłoszenie tego typu. Rok wcześniej podobne oświadczenie wydała firma Baidu w odniesieniu do języka chińskiego. Rozpoznawanie mowy, nie jest zresztą jedynym obszarem, w którym Chiny walczą o pierwszeństwo w cyfrowym wyścigu. Jak do tego doszło? Coż, w odróżnieniu do firm z Doliny Krzemowej, firmy chińskie nie miały problemu z naśladowaniem produktów i modelów działania amerykańskich gigantów, a następnie dostosowywaniem ich do modelu odpowiadającego kulturze oraz zwyczajom zakupowym Chińczyków. Jako, że mówimy tu o produktach cyfrowych, owo naśladownictwo bardzo szybko doprowadziło do wprowadzenia rozwiązań – np. w zakresie płatności – które zarówno skalą, jak i funkcjonalnością poszły znacznie dalej niż ich pierwowzory. Nic zatem dziwnego, że aż 60% płatności bezgotówkowych dokonywanych jest właśnie w Chinach.

 W jednej kwestii opowieść Kai-Fu Lee wydaje się jednak bardzo lakoniczna. Chodzi o pozyskiwanie danych. Pisze on wprawdzie o oceanie danych którego potrzeba, aby wyżywić sztuczną inteligencję, wskazując na istotnie odmienne podejście w tej mierze Chin, Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Zdaniem Kai-Fu Lee każde Państwo powinno podejmować własne decyzje w zakresie kształtowania równowagi pomiędzy prywatnością danych, a możliwością wykorzystania ich dla celów publicznych. Jak stwierdza, nie ma właściwej odpowiedzi na pytanie jaki zakres śledzenia życia społecznego jest wart większej wygody i bezpieczeństwa życia (obywateli – przyp. aut.). Nie ma? Naprawdę?

 Wróćmy jednak do Liu Xiaobo i książki Kai Strittmatera. Wieloletni korespondent jednej z niemieckich gazet patrzy na cyfryzację Chin z zupełnie innej strony. Widzi ją jako narzędzie przemian społecznych wprowadzanych przez - rządzącą tym krajem partię komunistyczną. Chiny dość wcześniej zrozumiały wszystkie możliwe zalety, ale i zagrożenia płynące z sieci. Internet zapewniał bowiem nieskrępowany przepływ poglądów, a - jak skomentował proces sądowy Liu Xiaobo rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych - „w Chinach nie ma ludzi o różnych poglądach”. Zachód nie doceniał Chin. Bill Clinton jeszcze w 2000 roku żartował mówiąc, że podejmowane przez Chiny próby cenzurowania internetu są „równie obiecujące jak przybijanie leguminy do ściany”. No i proszę. Z pomocą zachodnich firm udało się. Wielki Chiński Firewall sprawił, że legumina dała się przybić, a cenzura internetu w Chinach stała się faktem. Skutek? Pamiętacie zdjęcie z wydarzeń na Placu Tienanmen przedstawiające mężczyznę stającego na drodze czołgu? No właśnie. A 85% pytanych o to chińskich studentów nie pamięta. I kto to mówił, że internet nie zapomina?

Oczywiście firewall może odgrodzić wyłącznie przekaz z zewnątrz. A co z informacjami rozchodzącymi się poza firewallem ? Tu w sukurs przyszedł chiński Sąd Najwyższy, który w 2013 roku ogłosił, że „plotki” udostępnione innym więcej niż 500 razy albo mające więcej niż 5000 czytelników będą podstawą do odpowiedzialności za „zakłócanie porządku publicznego” zagrożonego karą od dwóch do 3 lat więzienia. W tej sytuacji kolekcjonowanie „lajków” mogło okazać się dość ryzykowną działalnością. Blogi o tematyce politycznej zamilkły. Całości środków porządkujących chiński internet dopełniły - Cyberspace Administration of China - organ, który dba o „synchronizację ekologii opinii w Internecie ze stanem partii i narodu” oraz… same firmy internetowe. Przykładowo, serwis Toutiao (w roku 2017 - 120 mln aktywnych użytkowników dziennie), po szeregu artykułów w prasie oficjalnej zarzucających mu rozpowszechnianie „niecywilizowanych treści”, najpierw zwiększył wewnętrzny zespół kontroli treści z 4000 do 6000, a następnie zamknął konta ponad 1000 swoich blogerów.

Chińskie firmy działające w obszarze cyfrowym są oficjalnie firmami prywatnymi. Od maja 2018 roku, większość z nich jest jednak także zrzeszone w Chińskim Zrzeszeniu Spółek Internetowych, które - jak to ujął „Dziennik Ludowy” - poświęca się „sumiennym studiom i wprowadzeniu w życie strategicznych idei Xi Jinpinga, dotyczących budowy internetowego imperium”. Trudno zatem się dziwić, że na technologie związane ze sztuczną inteligencją patrzy się w Chinach nie jak na narzędzia ekspansji biznesowej, tylko przede wszystkim jak na narzędzia, które „mogą rozpoznawać nastroje zbiorowe i w porę wychwytywać przemiany psychologiczne”, a co za tym idzie pomóc w podwyższeniu „zdolności i poziomu zarządzania społecznego” i utrzymywaniu „stabilności społecznej”.

Niebiańska sieć” kamer rozmieszczanych w każdym zakątku Chin, pozwala już teraz na identyfikację 1,4 mln Chińczyków z ciągu 1 sekundy! Połączenie wizerunku z danymi osobowymi tych osób, które są gromadzone przez władze publiczne bez jakichkolwiek istotnych ograniczeń, pozwoliły na testowanie - na olbrzymia skalę - systemów zaufania publicznego łączących zachowanie ludzi z określonymi uprawnieniami lub ograniczeniami (np. odmową zakupu biletów lotniczych). Finalny, ogólnochiński system zaufania społecznego ma służyć osiągnięciu jednego celu, który najlepiej wyraża następujący cytat „Ludzie godni zaufania niechaj swobodnie chodzą po świecie, ale ci niegodni zaufania nie powinni móc zrobić ani kroku.”.

Książki Kai-Fu Lee i Kai Strittmatera nie dają odpowiedzi na wszystkie pytania, które wiążą się z rozwojem nowych technologii oraz rolą Chin w tym wyścigu. Każdy z nich patrzy na ta problematykę z innej perspektywy, ale o dziwo ich wnioski są dość zbieżne. Na świecie trwa wyścig technologiczny, w którym - w praktyce - liczy się dwóch graczy. Są to: Stany Zjednoczone, których prymat w tej dziedzinie nie podlega - póki co - wątpliwości oraz Chiny, które z naśladowcy wyrosły na pełnoprawnego uczestnika tego wyścigu. Stany Zjednoczone - pomimo wpadek typu Camridge Analytica - starają się trzymać w tym wyścigu reguł demokratycznych zapisanych w Konstytucji USA, choć system ochrony prywatności w tym kraju mocno jeszcze skrzypi. W Chinach nie skrzypi, bo pojęcie prywatności na linii państwo – obywatel nie istnieje. A że dane są paliwem napędzającym ten wyścig, przewaga Standów Zjednoczonych wydaje się maleć w oczach.

To, co jest niesłychanie dziwne, to fakt, że firmy amerykańskie - jak pokazuje wspomniany na wstępie przykład Airbnb - cały czas uważają, że mają szansę na podbicie rynku chińskiego, nie zważając na to, że etatystyczny model gospodarki chińskiej odrzuca tego typu awanse dość zdecydowanie. Co więcej firmy zachodnie robią to nawet w sytuacji, w której miałoby to się stać kosztem przelewania paliwa XXI wiek czyli danych z baku własnego zawodnika do baku przeciwnika.

Na podstawie recenzji która ukazała się w nr 11/12/2020 Magazynu ITwiz.

Kai Strittmatter „Chiny 5.0. Jak powstaje cyfrowa dyktatura”, Wydawnictwo WAB 2018

Kai-Fu Lee „AI Super-powers, China, Silicon Valley and the New World Order” (książka ta jest także dostępna w języku polskim pod tytułem „Inteligencja sztuczna. Rewolucja prawdziwa”.